Wystawy w 2012 r.

ZDZISŁAW BEKSIŃSKI: ALFABET. FOTOGRAFIE Z LAT 1953-1958

wernisaż: 4.04.2012r., godz. 18.00
ekspozycja: 4.04.2012r. – 20.05.2012r.
kurator wystawy: Monika Piotrowska 
Galeria 2piR
Wystawa powstała dzięki współpracy z Muzeum Historycznym w Sanoku

rsz_zdzislawbeksinski07_fotoAutoportret, 1958

Jeżeli bowiem poszczególne zdjęcia skażone są naturalizmem i nie są zdolne powiedzieć o świecie wiele więcej niż zawiera w sobie jego zewnętrzny wygląd, to należy je uznać jedynie za pewną łączącą nas z rzeczywistością podstawę, na której oprzemy to, co stanie się naszą interpretacją tej rzeczywistości. Coś w rodzaju liter alfabetu, które odpowiednio przez twórcę zestawione, tworzyć mogą całe wyrazy i zdania. Mówiąc po prostu, chodzi mi o tworzenie zestawów i w nich głównie widzę drogę rozwoju fotografiki. Zestaw taki, złożony z kilku lub kilkunastu zdjęć, posiadałby pewne cechy wspólne z sekwencją filmową, łączenie poszczególnych zdjęć odbywałoby się drogą podobną do montażu filmowego. Istotną cechą, odróżniającą go od filmu, byłoby jego niezmienne trwanie w czasie i równoczesność oddziaływania elementów. Elementy te sąsiadując ze sobą, mogą potęgować nawzajem swoją wymowę, mogą też na skutek wzajemnego oddziaływania na siebie mówić coś innego niż zawierają same, coś szerszego i głębszego.

Z. Beksiński, Kryzys w fotografii i perspektywy jego przezwyciężenia, Fotografia nr 11, listopad 1958

 

rsz_zdzislawbeksinski05

Most 
 

O t o    B E K S I Ń S K I

We wrześniu 2011 r. ukazał się album „Foto Beksiński” w opracowaniu i z tekstami Wiesława Banacha. Wywołał poruszenie, ale nie w kręgach krytyki. Szkoda, mimo, że żadne to zaskoczenie. Na okładce - autoportret z twarzą ukrytą pod mocnym przedramieniem: dłoń uwiesiła się na głowie, łokieć oparł się na drugiej dłoni. Brudnej dłoni. Przekorny gest bez przekory, brudna ręka bez konotacji. To nie jest ani portret spracowanego murarza, ani dumającego rysownika. To jest po prostu portret z formą artysty niezależnego.

Beksiński, urodzony w 1929 r. należał do pokolenia szukającego – od początku do końca; dotkliwie wykształconego – na bogatym doświadczeniu i równie bogatej lekturze. Jego twórczość wynikała z tej godnej pozazdroszczenia, abstrakcyjnej potrzeby wypowiadania się, jaka opinię innych ludzi pozwala mieć w nosie. „Głosy z boku psują mi moją zabawę” – mówił nerwowo Remigiuszowi Grzeli w 1997 r. – „Robię to dla siebie.”

Fotografie w albumie pochodzą z lat 1953-59, gdy Beksiński całkowicie dosłownie tworzył do szuflady. Jest tu również obszerna reprezentacja zdjęć, powstałych w czasach wspólnej z Bronisławem Schlabsem i Jerzym Lewczyńskim fascynacji tzw. fotografią subiektywną, idącą w kierunku abstrakcji, która ostatecznie przyniosła całej trójce uznanie krytyki i zaklasyfikowanie w nurcie awangardy. Najwyraźniej cały wysiłek Banacha skupił się jednak na pokazaniu wszystkich dróg, w jakie zapędzał się Beksiński fotografując, tak, by tę klasyfikację zburzyć. 
Rozstając się z fotografią w 1959 r. Beksiński żył z piętnem krytyki, uznającej go odtąd – jak to zgrabnie ujął Banach – za genialnego fotografa, który został kiepskim malarzem. Szczęśliwie zdania większości krytyków nie podzielała publiczność, od lat 70. żył z piętnem krytyki, ale żył ze sztuki. Czynił przy tym swemu odbiorcy honor, jaki dzisiejszym artystom, w tym młodym fotografom, coraz częściej nie przychodzi do głowy: nie narzucał żadnej interpretacji swych dzieł. Interesowała go forma i tylko forma, jako środek wyrazu sam w sobie. Fotografia i to w dodatku dokumetalna jest chyba najlepszą ilustracją tej podstawowej i rozstrzygającej fascynacji, gdyż w niej najmocniej daje się zauważyć, że nawet na zdjęciu reporterskim nie koncentrował się na treści zarejestrowanego obrazu, a na jego kompozycji plastycznej. Album prezentuje wszystko: od prywatnych ujęć we wnętrzach domu w Sanoku a potem zdumiewających pierwszych kroków, umoczonych po uszy w piktorializmie i jego zamglonych pejzażach i portretach, przez te wspomniane zdjęcia niby reporterskie, chwytane na ulicach Sanoka, i przez zabawną serię autoportretów w przeróżnych wcieleniach, aż po abstrakcję, zdjęcia aranżowane, fotomontaże, akty z zaskakującymi rekwizytami, z deformacjami, po kadry z cmentarzy, wreszcie zestawy ze zdjęć własnych i obcych. Z tej książki wyłania się Beksiński mięsisty, zmysłowy, zakochany i oddany ślicznej żonie, przy okazji najwierniejszej modelce, rozpoznawalnej właściwie na wszystkich aranżacjach, aktach, montażach. Beksiński – dusza domu, wariat, robiący sobie zdjęcia a´la James Dean, pijany marynarz, chłopek-roztropek, zbój, agent Secret Service. Beksiński w okularach o kształcie podobnym do tego, jaki nadał szybom w autobusach Autosan – jako inżynier-konstruktor w pracowni i fabryce, którą założył jego pradziadek. Beksiński z wykształceniem, jakie zdobył ulegając wpływowi ojca, choć jego marzeniem były studia reżyserskie w łódzkiej filmówce. Beksiński niepoprawny racjonalizator, konstruktor domowy, wynalazca urządzeń do nagrywania i miksowania dźwięku. I Beksiński wciągający w swoją pracę artystyczną przyjaciół i rodzinę, szukający obiektywem formy nawet w osobie dyrektora miejscowego muzeum. Tego muzeum, które dziś posiada największe zbiory jego prac.

 

Nie wszystkie te fakty zostały opisane w albumie. Nie ma tu ani pełnego życiorysu, ani też zestawienia wystaw i konkursów, w jakich Beksiński brał udział. To nie jest katalog. Rzecz w tym, że zamieszczone tu zdjęcia (prawie 200) i wprowadzające w kolejne teksty rozdziały wręcz pchają czytelnika, by szukał zaraz więcej. Banach kładzie nacisk na wielki wpływ osobowści Beksińskiego, jak też otoczenia, rodziny i nawet narzuconego wykształcenia inżynierskiego na kształt i jakość sztuki artysty. Na przywiązanie do formy i do ładu w formie i myśleniu, które widać już w pokoju-pracowni i które jego przemyśleniom i ścieżkom poszukiwań nadały ogromną konsekwencję. W fotografii zaprowadziły go ostatecznie do teorii liter alfabetu, jakim są poszczególne zdjęcia: „odpowiednio przez twórcę zestawione tworzyć mogą całe wyrazy i zdania”. Opisał to w artykule o kryzysie fotografii w 1958 r. (Fotografia nr 11). – „Mówiąc po prostu, chodzi mi o tworzenie zestawów i w nich głównie widzę drogę rozwoju fotografiki”. Beksiński po roku zakończył swą przygodę z tym medium, bo dla niego się wówczas wyczerpało, mogło go usatysfakcjonować dopiero w wersji komputerowej, dostępnej znacznie później. Lecz jakże prorocze były to słowa, jeśli zważyć współczesną popularność na świecie albumowych wydań esejów fotograficznych i różnego rodzaju prezentacji (wystawy, fotokasty, slideshow), które najchętniej operują seriami zdjęć. Lecz jest coś istotniejszego, wynikającego z lektury albumu w opracowaniu Banacha: hołdując tak bardzo formie, Beksiński był subiektywny nie dlatego, że ktoś go przypisał do nurtu fotografii subiektywnej. Był subiektywny tak samo, jak każdy z nas jest subiektywny, tworząc cokolwiek. Nadał natomiast formie tę miarę, co wszyscy wielcy w historii sztuki, poszukujący wymiaru uniwersalnego. Jego wycieczki ku formie nie były czcze. Choć traktował ją wyłącznie jako środek wyrazu, a nie przekazu, to podszywał ją niepokojem, który ludziom towarzyszy od zarania: lękiem przed śmiercią, samotnością, odejściem. I to się w jego dojrzałych pracach zawsze czuje.

Monika Piotrowska 
Cytaty zaczerpnięte z albumu „FotoBeksiński” 
http://www.parnas.pl/index.php?co=blog&id=12&idb=11

 

Zdzisław Beksiński  (1929-2005)

Zaliczany do najważniejszych twórców polskiej fotografii awangardowej lat 50. był artystą wielkiego formatu, realizującym się w kilku dziedzinach. Największą popularność przyniosło mu malarstwo; dla niego samego równie istotne znaczenie miała też rzeźba, rysunek, grafika komputerowa oraz wczesne próby pisarskie i długotrwałe eksperymenty z rejestracją dźwięku i obrazu.
Większość życia spędził w Sanoku, gdzie jego rodzina znana była od wielu pokoleń. Pradziadek pobudował w XIX w. Zakłady Kotlarskie, z których rozwinęła się fabryka wagonów i autobusów Sanowag, znana później jako Autosan. Dziadek został architektem miejskim - zaprojektowane przez niego budynki i myśl urbanistyczna wpłynęły na kształt miasta. Beksiński miał podobnie umysł ścisły i twórczy zarazem. Uczył się w liceum matematyczno-fizycznym, lecz po maturze zdał w Krakowie egzamin wstępny zarówno na malarstwo w ASP, jak i na Wydział Architektury, Inżynierii i Komunikacji w Akademii Górniczej. Pod presją pragmatyzmu ojca wybrał to drugie i został inżynierem architektem. 
Jeszcze w trakcie studiów zaczął fotografować. Ulubioną i cierpliwą modelką okazała się Zofia Stankiewicz, z którą ożenił się w 1951 r. W l. 1953-59 zajmował się jednocześnie malarstwem, rysunkiem, tworzył też obrazy-reliefy i rzeźby, zwłaszcza po powrocie do Sanoka. Socjalistyczny nakaz pracy zatrzymywał go po studiach na budowach w Krakowie i Rzeszowie, aż w 1955 r. wprowadził się z żoną do domu rodzinnego. W Sanoku zatrudniła go fabryka założona przez pradziadka. Projektował nowoczesną linię stylistyczną kolejnych prototypów autobusów, lecz zajęciem, które naprawdę sprawiało mu satysfakcję, była twórczość artystyczna. Zdołał jej się poświęcić całkowicie po sukcesie swojej wystawy w warszawskiej Pomarańczarni w 1964 r., gdy sprzedał wszystkie prace i uznał, że utrzyma się ze sztuki.
W latach 1952-57 tworzy wiele fotografii portretowych, pejzaży i ujęć reportażowych, we wszystkich zaznaczając przede wszystkim fascynację formą. Lata 1957-60 obejmują poza twórczością okres działań wystawienniczych i publicznych dyskusji o fotografii, podejmowanych wspólnie z Bronisławem Schlabsem z Poznania i Jerzym Lewczyńskim z Gliwic. Beksiński bierze udział w przygotowanej przez Schlabsa międzynarodowej prezentacji „Krok w nowoczesność” (1957), w kontekście której użyte zostaje określenie „fotografia subiektywna”. Twórczość fotograficzna Beksińskiego zostaje wpisana w ten nurt. Trójka animatorów i artystów pokazuje swe prace zespołowo pod nazwą „Trzech twórców” w warszawskiej Galerii Krzywe Koło (1959; wystawa wspólna z wrocławską grupą „Podwórko”). 
Mimo wielu sukcesów w konkursach i rozgłosu, jaki przynosi mu twórczość fotograficzna, kończy ją z końcem lat 50. Nie pomaga koncepcja traktowania własnych i innych zdjęć jako zbioru, tworzącego alfabet, dzięki któremu można tworzyć dowolne zestawy-wypowiedzi, opublikowana w artykule „Kryzys w fotografii i perspektywy jego przezwyciężenia” (1958). Beksiński uznaje, że fotografia narzuca jego wyobraźni zbyt wiele ograniczeń. W 1961 r. w Kolonii odbywa się ostatnia wspólna prezentacja ze Schlabsem i Lewczyńskim.
W Warszawie zamieszkał w 1977 r., gdy władze Sanoka zdecydowały o rozbiórce jego rodzinnego domu. Był to koniec całej epoki w jego życiu, jej barwy znaczył szczególny klimat tamtego domu i okolicy, po której jeździł z często odwiedzającymi go, zaprzyjaźnionymi artystami i krytykami.
Niesamowicie oczytany i wszechstronny Beksiński tworzył dzieła nieintuicyjne, niekonceptualne, a uporządkowane i wizyjne, silnie wypływające z podświadomości. W tym wczesnym dorobku, do jakiego należą jego fotografie, mniej uwidacznia się męcząca go całe życie myśl o śmierci, unicestwieniu, lęku przed tym. Z tego jednak, jak sugerował, wyrastała jego potrzeba tworzenia.
W 1998 r. zmarła żona Zofia, w 1999 r. syn popełnił samobójstwo. W 2005 r. Zdzisław Beksiński został zamordowany.

Muzeum Historyczne w Sanoku





Strony: 1 

Powrót do listy