Wystawy w 2010 r.

ALL THAT JAZZ - WYSTAWA RYSZARDA HOROWITZA

„All That Jazz” to tytuł wystawy autorstwa Ryszarda Horowitza, której ekspozycję można było oglądać w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa.

Wystawa zakończyła się uroczystym finisażem 17 maja 2010 r. o godz. 18.00 , podczas którego obecny był autor prac, Ryszard Horowitz - polski fotografik, tworzący w Stanach Zjednoczonych, jeden z najznamienitszych fotografów, prekursor komputerowego przetwarzania fotografii, obsypany dziesiątkami nagród, współzałożyciel amerykańskiego Stowarzyszenia Fotografików Reklamowych APA.

„All That Jazz” to kolekcja zdjęć przedstawiającą legendy polskiego i amerykańskiego jazzu, które Ryszard Horowitz fotografował w latach ’50 i ’60 ubiegłego wieku. 
„Jazz jest moją ukochaną muzyką, która towarzyszy mi cały czas - mówi Horowitz. - Wychowując się w Polsce wśród najbliższych przyjaciół miałem muzyków jazzowych. Te zdjęcia mają już w tej chwili wartość historyczną, bo robiłem je od siedemnastego roku życia, a po przyjeździe do USA poznałem amerykańskich jazzmanów, których fotografie również umieściłem na wystawie”.

"Jeden z polskich muzyków jazzowych zapytany kiedyś przeze mnie, czym jest dla niego jazz odpowiedział – jazz to nie tylko muzyka to styl życia. Nie wiem jak teraz, ale ponad pół wieku temu w Polsce to był niewątpliwie styl życia. Jazz w powojennej Polsce był zakazany a cóż lepiej smakuje niż  zakazany owoc. Zwłaszcza, że ta muzyka dla wielu stała się uosobieniem wolności tej, której nam tak bardzo wtedy brakowało. Na fali odwilży w połowie ubiegłego wieku jazz za sprawą kilkunastu śmiałków wyszedł z podziemia i stał się od razu muzyką publiczną. Pierwszy sopocki festiwal jazzowy zgromadził jak twierdzą naoczni świadkowie 50 tysięcy ludzi a jego organizacją zajęły się takie postaci jak: Leopold Tyrmand, Stefan Kisielewski czy Witold Lutosławski. To było niebywałe wydarzenie z pochodem muzyków ulicami miasta i gigantycznym koncertem. To tam debiutowało kilku znakomitych dziś muzyków: Jan Ptaszyn Wróblewski czy Zbyszek Namysłowski. Na scenie pojawili się i Komeda i „Duduś” Matuszkiewicz i wielu innych. Entuzjazmowi temu uległa cała Polska głównie za sprawą młodych ludzi, dla których ta muzyka, uczestniczenie w koncertach było równe spacerom po Saint-Germain-des-Prés lub Greenwich Village.

W takiej właśnie atmosferze dojrzewał Ryszard Horowitz a polski jazz stał się tematem jego pierwszych, poważnych fotografii. Fotografie polskich jazzmanów powstały na przestrzeni trzech lat 1956 – 59 i są w dwójnasób ciekawe. Po pierwsze są niezwykłą kroniką tej muzyki, ale także życia kulturalnego tamtych czasów a po drugie, mimo młodego wieku autora są niekiedy bardzo dojrzałe artystycznie. Trudno nie zachwycać się portretami: Zbyszka Namysłowskiego, Andrzeja Trzaskowskiego czy w końcu Krzysztofa Komedy. Czarno-biała fotografia Horowitza w doskonały sposób wydobywa atmosferę ówczesnych jazzowych klubów, przyłapuje muzyków    w sytuacjach tak dzisiaj dla nich charakterystycznych. Skupiony nad partyturą „Ptaszyn” Wróblewski, grymas na twarzy Jana Zylbera, uduchowiona Wanda Warska. Najciekawszą dla mnie sprawą w tych fotografiach jest to, że poza walorami artystycznymi Horowitz popisał się niebywałym wyczuciem. Niemal wszystkie osoby fotografowane wówczas przez niego stanowiły i stanowią filar polskiego jazzu a także polskiej kultury.

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Horowitz znalazł się w Nowym Jorku, jak się okazało na stałe. Zamieszkał w miejscu, o którym wielu z jego pokolenia marzyło. Nowy Jork, Ameryka, wolny świat i ... wolny jazz. Tu, ta muzyka miała nieco inne znaczenie, bez podtekstów. Była po prostu muzyką. Tu słuchało się jej nie dla zademonstrowania postawy, słuchało się jej tak, jak słuchamy jej dzisiaj, dla niej samej. I takie też wydają się mi zdjęcia wykonane przez Horowitza w połowie lat sześćdziesiątych w Newport, podczas najwspanialszego jazzowego festiwal. Mam tu kilka ulubionych prac: Count Basie i  Cootie Williams, Charlie Mingus, Jimmy Rushing, Sonny Rollins a także Dave Brubeck, którego Horowitz znał i fotografował jeszcze     w Polsce. To już nie są pionierzy jak w przypadku polskich muzyków, tu Ryszard Horowitz pokazuje tytanów i to się czuje. To wspaniałe fotografie, pełne jakiejś niesamowitej godności, pełne muzyki, w wielu wypadkach doskonałe artystycznie. Zazdroszczę Ryszardowi tych zdjęć, tej muzyki, której słuchał, tamtej rzeczywistości. Dojrzewałem dekadę, no dwie dekady później i do dzisiaj żałuję, że nie dane mi było, jak tym „niewinnym czarodziejom”, kopać nad ranem kamieni na Chmielnej i żegnać się „do widzenia, do jutra”.

Bogdan Wojtowicz, kurator
 

Ryszard Horowitz urodził się w Krakowie w 1939 roku. Podczas II wojny światowej cała jego rodzina została uwięziona w obozie koncentracyjnym, wszyscy jednak zdołali się uratować i po wojnie wrócili do Krakowa. Ryszard Horowitz jest jednym z najmłodszych uratowanych więźniów Oświęcimia.

Studiował w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych, potem zaś na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Moment jego debiutu artystycznego przypadł na czas odwilży w 1956 roku. Kraków stał się nagle centrum awangardowego malarstwa, sztuki teatru i filmu. Horowitz miał wówczas 17 lat. Poznawał i fascynował się amerykańską fotografią i jej zadziwiającymi zastosowaniami w komunikacji. 
W 1959, dzięki pomocy jednego z amerykańskich uniwersytetów wyjechał do Nowego Jorku i rozpoczął studia na kierunku projektowania w Pratt Institute. Po ukończeniu szkoły pracował dla wielu agencji, między innymi jako art director w Grey Advertising. 
W 1967 roku otworzył własne studio fotograficzne co było początkiem realizacji wielkiej pasji, jaką stała się dlań fotografia. Od tamtego czasu jego prace pokazywane były i zyskały sobie uznanie na całym świecie.  W 1983 roku uznano go Amerykańskim Fotografikiem Roku. 
Ryszard Horowitz swoje pierwsze fotografie zaczął wykonywać mając czternaście lat. Fotografował znajomych, przyjaciół, muzyków jazzowych, architekturę. Jego narzędziem była Leica z lat ’30, którą dostał od ojca. Pierwsze kompozycje Horowitza powstały pod powiększalnikiem. Stosował metodę maskowania na wielkoformatowej błonie. Obecnie pracuje na najnowocześniejszym sprzęcie cyfrowym. Jego fotografie mają bezpośredni związek z komputerem. 
„Komputer jest dla mnie tylko narzędziem. Fotografowie pracujący tradycyjną techniką nie powinni obawiać się elektronicznego obrazowania. Nie sądzę żeby tradycyjna fotografia szybko zaniknęła, jednak każdy powinien na bieżąco śledzić nowe technologie”- twierdzi artysta.
Był pionierem montażu cyfrowego. Informatycy tworzyli specjalnie programy komputerowe, które były wykorzystywane do pojedynczych zdjęć. Często nad jedną fotografia pracowała cała ekipa grafików i montażystów.
Do fotografowania wykorzystuje światło stroboskopowe oraz różnego rodzaju lampy błyskowe. Często łączy światło żarowe z błyskowym.  
Lata, w których rozwijała się twórczość Ryszarda Horowitza niewątpliwie można zaliczyć do sprzyjających pod względem rozwoju technik poligraficznych, jak i techniki komputerowej. Można stwierdzić, że technologie te rozwijały się jakby na jego specjalne zamówienie.
Przez te wszystkie lata jedna rzecz pozostała niezmienna. Szkic. Jednak cały pomysł rodzi się w głowie. „Zawsze gdy rozpoczynam pracę nad określonym zadaniem, czy też rysuje dla własnej przyjemności – mówi Ryszard Horowitz, mogę uchwycić myśl, która wydaje się stwarzać duże możliwości, staram się wtedy ją rozwinąć. Korzystając ze swej znajomości rysunku zwykle szkicuję koncepcję przenosząc ją później na fotografię. Dziewięć razy na dziesięć fotografie moje podobne są do pierwotnych szkiców”.




Strony: 1 

Powrót do listy